Chciałam dzisiaj napisać słów kilka o śmierci.
Wiem, że to niezbyt popularny temat ..ale życie to nie tylko przyjemności ale w przeważającej części ciemna strona księżyca.
Życie tak jest skonstruowane, że na jego końcu jest śmierć- teoretycznie każdy o tym wie ale raczej odrzuca tę myśl od siebie.
Jest to rzecz nieunikniona, więc zdrowiej jest o tym nie myśleć.
Pamiętam, że w młodości często myślałam o śmierci, zastanawiałam się nad różnymi formami samobójstwa (było to spowodowane depresją) - nie wyobrażałam sobie, że będę żyła dłużej niż np. do 30-tki.
Paradoksalnie - teraz, jako 40 letnia kobieta boję się śmierci...
Dlaczego poruszam ten temat ?
Jest w tej chwili dla mnie bardzo aktualny - od 5 miesięcy wiem, że mój ojciec ma raka.
Teoretycznie nie jest to jeszcze wyrok śmierci- szanse na wyleczenie są spore.
Ale to tylko teoria.. praktyka jest bolesna.
On zabija się powoli, głównie pijąc. Alkohol go wykańcza.
Operacja jest stale przekładana ze względu na bardzo dużą nadczynność tarczycy - a lekarstwa nie zadziałają jeśli On nie przestanie pić !
I koło się zamyka..
Nie będę tego opisywać bardziej szczegółowo bo do tego jeszcze dochodzą inne kwestie (w tego typu sytuacjach wychodzą na wierzch wszystkie możliwe problemy rodzinne skrzętnie do tej pory zamiatane pod dywan..)
Nie wiem w jaki sposób można alkoholika zmusić do podjęcia leczenia ???
Czy jest na to jakikolwiek sposób ?
Nie pomagają ani groźby ani prośby ani racjonalne argumenty...
Czuję się bezradna.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz